2007-06-05 18:21:30 >> Teraźniejszość

Teraz nie ma...

Teraźniejszość jest tylko krokiem pomiędzym tym co było, a będzie...

skomentuj (0)




2007-05-09 19:46:37 >> .

Trzy wiary się jednoczą
Trzy fronty dotarły w jeden punkt
Trzy słońca mają identyczny blask

skomentuj (0)




2007-03-28 20:20:55 >> Topienie Marzanny

Jest to bajka o tym
Jak dwóch dzielnych wojów jechało na swoich rumakach
A niewiasta pognała do przodu


Cały dzień minął pod znakiem wycieczki zorganizowanej przez Agę. O 9 miałem być na Dąbrowie, jednak jak zwykle się spóźniłem. Jednak 30 minut nie wystarczy aby do niej dojechać. Do tego trochę, źle pojechałem. Ech.. Tak bywa…
Aga razem z Wojtkiem zaczekali na mnie tam gdzie czarny szlak skręca w las naprzeciwko Tesco, na Gdyńskich Karwinach. Szybkie powitanie i ruszamy. Prowadząca bardzo sprawnie wyprowadza nas na szlak czerwony w okolicy Chwarzna. Tutaj zaczęły się pierwsze jego dzikie górki. Całe szczęście rozgrzany już byłem, podjazdem z Oliwy na Karwiny. Dość sprawnie pokonywałem te wzniesienia morenowe mimo jazdy na blacie i zajechanych najmniejszych zębatek kasetek. No i jeszcze Wojtek śmiał się, że jadę na slicku. To ten mój Maraton Plus. Bardzo komicznie wygląda z tyłu rowery, gdy z przodu mam zamontowaną typowo terenową kierunkową oponę Calibos Maxisa.
Była jedna górka, potem druga, aż wyjechaliśmy na Łężyce. Dziś las w swe władanie objęła mgła. Jakaś tajemnica się w nim skryła. Jej fajnym aspektem było skrycie z naszych oczu tutejszego wysypiska. Jedynie kocur nas wypatrzył, a właściwie najpierw zwrócił uwagę na rower Agi, a dopiero potem na właścicielkę. Próbowała go sfotografować, ale ciągle łasił się pod jej nogami.
Następnym naszym ulubionym zresztą miejscem do odpoczynków było Piekiełko. Ta urocza dolinka przez którą płynie potok Zagórskiej Strugi zawsze była na drodze moich rowerowych i pieszych wycieczek. Jest to miejsce w którym krzyżują się trzy ważne szlaki. My dalej jechaliśmy szlakiem czerwonym Wejherowskim.
Niebawem dojechaliśmy do Bieszkowic. Dłuższy odpoczynek w sklepie u Jurka. Nawet wiatę dla pijących ostatnio wybudowano. Dość komicznie wyglądał zakaz palenia gdy na stołach stały popielniczki. Na pobliskim jeziorze Zawiat napotkaliśmy Płetwonurków. Wychodziła nam naprzeciw z jeziora taka żaba w pełnym akwalungu. Bardzo lubię ten odcinek szlaku pomiędzy Wejherowem, a Mieszkowicami. Cały czas wije się pomiędzy malowniczymi jeziorami i lasami. Mijamy rezerwat Wygoda z jeziorem, o tej samej nazwie. Nad nim krótka sesja fotograficzna i wkrótce osiągamy jezioro Borowo. Przejazd przez Pucką Górę z której jednak nie ma widoków i mijamy szosę na Wejherowo.
Za nią postanawiamy przez jakiś czas nie jechać szlakiem czerwonym tylko ułatwić sobie drogę szlakiem rowerowym. Czerwony biegnie nad jeziorem Wyspowo i miejscami jest dość podmokły. Szlakiem rowerowym dojechaliśmy do północnej części jeziora. Tam wróciliśmy na czerwony, którym wzdłuż rzeki Cedron dojechaliśmy do Wejherowa. Tam kolejny odpoczynek nad stawem w pobliżu pałacu Przebendowskich. Przeanalizowałem naszą dalszą trasę i ruszyliśmy. Nie chciało nam się wjeżdżać do miasta skrajem lasu wyjechaliśmy na szosę prowadzącą do Strzepcza. W pobliżu mostka nad jakimś potokiem znaleźliśmy początek szlaku rowerowego biegnącego przez Trójmiejski Park Krajobrazowy. Nie zaczyna on się tak, jak pokazuje mapa Eko Kapio którą posiadała Aga na dworcu tylko tutaj przy szosie. Szlak jest wyznaczony znakami ustalonymi według PTTK, tylko czasem ich brakuje i człowiek musi zastanawiać się gdzie dalej. Jakoś bez kłopotu sobie radziliśmy z tym kłopotem. Głównie dzięki opanowaniu trasy za pomocą mapy. Nie chcieliśmy pokonać go całego tylko niewielki kawałek. Przez Ustarbowo i Sopieszyno dojechać do drogi na Szemud i stamtąd mknąć szosą do domu. Tak też zrobiliśmy.
Początkowo szlak rowerowy biegł lasami po dość dobrych drogach. Wiadomo, że z Wejherowa wyjeżdża się zawsze pod górę. I tym razem tak było. Jednak zdobywanie wysoczyzny morenowej poszło gładko. Przejechaliśmy koło rezerwatu Lewice i wkrótce wyjechaliśmy na skraj lasu. A napęd po tych błotach trzeszczał, tak, że Wojtek desperacko szukał wody aby umyć rower. Próbował nawet w pobliskich bagnach.
Po jakimś czasie dojechaliśmy do jeziora koło Ustarbowa. Dziś jest pierwszy dzień wiosny. Najpierw za Marzannę miała robić Aga, potem patrząc jak Wojtek szuka wody, chcieliśmy go utopić. Jednak Aga zrobiła Marzannę z kijków, trawy oraz liści. Nawet dość zgrabnie jej wyszła i ją topiliśmy. Tzn. Marzannę nie Agę.
Chwilę potem osiągnęliśmy Ustarbowo skąd dojechaliśmy do Sopieszyna. Aga mówiła o jakiś moich ulubionych folwarkach, ale nic takiego nie zauważyłem. Dopiero w Przetoczynie, wypatrzyła jakąś walącą się starą chatę, która stała się obiektem naszych fotograficznych zainteresowań. W tej wiosce dołączył do nas jakiś rozbrykany szczeniak. O zgrozo biegał, luzem i bardzo często wyskakiwał na szosę wprost pod jadące samochody. Po jakimś czasie odłączył się od nas. A my już mknęliśmy szosą prosto przez Szemud na Chwaszczyno.
Tam pożegnaliśmy się z Agą która odbiła do domu na Dąbrowę, a ja z Wojtkiem zjechałem do Osowy. On z kolei tutaj mnie opuścił, aby dojechać do Matarni. Ja z kolei ostro podkręcając średnią prędkość wycieczki zjechałem do Oliwy.

skomentuj (0)




2007-03-28 20:14:52 >> Po południu po porcie....

Dziś załatwiałem Internet w telekomunikacji. Ciekawe kiedy podłączą mnie do tego świata nieograniczonej łączności i wiadomości o świecie. Kurcze muszę przyznać, że trochę mnie netu brakuje. Ale ile czasu mam. W Telekomunikacji bo tylko ją mogę u siebie podłączyć. Wybrałem opcję 1024 kb/s. Przez pierwsze sześć miesięcy 28 zł, a kolejne trzydzieści po 56 zł. Do tego modem Livbox no i chciałem jeszcze telewizję cyfrową, ale z tym zobaczymy w każdym razie w umowie którą podpisywałem nic o niej nie było wspominane. Teraz mają do mnie przedzwonić i zobaczymy co wyjdzie. Dodatkowo za konserwację linii zapłacę około 30 zł. Teraz można mieć net bez abonamentu telefonicznego, ale za to trzeba zabulić za linię. Naprawdę pomysłowa jest ta nasza Telekomunikacja.
Następnym moim posunięciem dzisiejszego dnia było pojechanie z Chruścielem do RSA. Sklepu rowerowego na pasie powojennego lotniska w Gdańsku Zaspie. Chciałem kupić tarcze do suportu. No niestety nie było tych co ja chciałem jedyną którą znalazł to najmniejsza od Alivio. To mnie nie satysfakcjonowało. Na czwartek ma przywieść komplet zębatek do suportu. Mają być standardowego Deore. Chociaż suport mam LXa. Mają pasować. No i dwie najmniejsze zębatki do tylniej kasety. Gdy to wszystko założę napęd mam mieć praktycznie sprawny. Do tego Paweł zaproponował mnie kupno manetek Deore za 130 zł. Niezła cena bo jedna zwykle kosztuje 100 zł.
Gdy ustalałem to wszystko w RSA przez telefon buczał już Adaśko który czekał na mnie w umówionym miejscu czyli Sopocie Kamiennym Potoku. Dziś niespodziewanie zadzwonił abym wyskoczył z nim na rower. Wczoraj nie był na wycieczce Mietka, to dziś chciał pobrykać w swoich nowych SPDach. Wcisnąłem go na godzinę czternastą. Tylko jakoś mam opóźnienie w planach. Chciałem z nim przejechać szlak niebieski i go pomierzyć na odcinku Sopot – Matarnia. W każdym razie poinformowałem go aby przedzwonił za pół godziny i wtedy ustalimy gdzie się spotykamy.
W ciągu tego czasu znalazłem się z powrotem w domu. Zaraz telefon od Adaśko gdzie jest. Żabianka, no to tam gnam. Drastyczna zmiana planów. Jedziemy do Sopotu na moli i stamtąd przejedziemy się trasą którą planowałem dla Niemców.
Sopockie molo, a właściwie jego lądowa część jest w całkowitej przebudowie. Wszędzie ryją. Ciekawe czy zdążą przed sezonem, bo inaczej głupio wyjdzie. Chwila odsapnięcia. Cham… Muszę przyznać, że czuję tę wczorajszą trasę po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Głowa boli niczym po kacu. Czyli odwodniłem organizm. No tak na koniec nic nie piłem i tak to się kończy. W każdym razie dzisiejsza trasa ma być łatwa. Pogadaliśmy chwilę o mojej ostatniej wyprawie i autorytatywnej grupie Mietka czyli GERze i rzuszyliśmy deptakiem do Brzeźna. Nawet nigdzie po drodze się nie zatrzymaliśmy, nie wjechaliśmy na, żadne molo. Przemknęliśmy przez gdańskie molo i zjechaliśmy do Kapitanatu Portu w Nowym Porcie. Stoi tutaj stara zabytkowa latarnia. Zresztą budynek Kapitanatu też jest zabytkowy.
Przerwa na fajkę i wypatrzyłem, że na redzie holowniki chwyciły na hol jakiś spory niebieski statek. Zauważyłem, że jest już nawet holowany, czyli niedługo będzie przepływać pod naszymi nosami. Zapada moja decyzja, że czekamy, aż go wciągną do portu. Z daleka zanosiło się, że będziemy długo czekać. Co najmniej pół godziny. Jednak nie. Najpierw cała kawalkada zniknęła nam z oczu za falochronem, aby nagle się wynurzyć z ogromem holowanego statku.
Ciągnięty on był z przodu przez holownik” Bóbr”, a jako sterujący z holem od strony rufy płynął „Taurus”. Wprowadzały one samochodowiec „City of Barcelona”, jego portem macierzystym jest Douglas chyba w Stanach Zjednoczonych. Jak będę miał net to wszystko określę, jego port macierzysty, armatora i tp. Z Adaśkiem byliśmy pewni, że wciągną go do portu gdzie jest strefa wolnocłowa i rozładowują głównie samochody. Jednak nie. Holowniki odstawiły samochodowcem jak to określił Adaśko „Jezioro łabędzie” i statki popłynęły w głąb portu Gdańskiego. Tyle, że w odwrotnym szyku. Teraz Taurus ciągnął, za rufę City of Barcelona. Bóbr będący najmniejszą jednostką w tym całym zestawie, asekurował samochodowiec. Bardzo fajnie to wszystko wyglądało. A ja, non stop pstrykałem fotki.
Nadbrzeże przy kapitanacie jest do tego idealnym miejscem. Chyba nie tylko ja poluję na statki. Przyjechał tutaj jeszcze jakiś gościu samochodem który również uwieczniał cały ten spektakl za pomocą lustrzanki. Poza nami było kilku wędkarzy. Ogólnie było dość chłodno i mało kto wytrzymywał tutaj dłuższą chwilę. Stwierdziliśmy jeszcze gdzie mogą zacumować statek, a, że to było na trasie naszej wycieczki postanowiliśmy jak najszybciej tam się przedostać.
Pognaliśmy jak najszybciej na przystań promową. Mijaliśmy się z pędzącą torami piętnastką. Zepchnęła mnie ona na chodnik. Który przywitał moją pękniętą ramę wybojami i dziurami. W końcu zaczęliśmy zbliżać się do przystani. Już z daleka zauważyłem, że stoi na niej prom. Niestety w ostatniej chwili podniósł rampę i odpłynął. Adaśko próbował jeszcze wskoczyć ale pomyślał co by się mogło stać gdyby nie wypiął się z SPDów. Musieli by go wyławiać??
W pobliżu była zacumowana Oceania. To jeden z naszych nowszych większych żaglowców. Jego charakterystyczną cechą jest to że ma od góry do dołu pojedyncze prostokątne i sterowane komputerem żagle. O ile się nie mylę jednostka jest przystosowana do rejsów arktycznych. Jak będę mieć net to sprawdzę. Jej właścicielem jest Polska Akademia Nauk. Porobiłem kilka fotek i pognaliśmy na prom który zbliżał się znowu do naszego brzegu. Tutejszy prom jest chyba największą tego typu jednostką jaka pływa po naszych rzekach. Może przewozić nawet Tiry. No i ma własny napęd. Może w Świnoujściu są większe. Nie wiem, ale to całkiem możliwe. Tamte też przewożą Tiry Oczywiście jest płatny. Przewiezienie roweru kosztuje 1 zł. Kursuje codziennie poza niedzielą. Szkoda, bo bardzo by ułatwił zwiedzanie zarówno Nowego Portu jak i Westerplatte w niedzielę. Pływa jeszcze chyba prom pasażerski trochę bardziej na północ, ale przeznaczony jest on tylko dla pracowników. To też trzeba sprawdzić. Ta informacja była by bardzo cenna.
Jadąc w kierunku Westerplatte znaleźliśmy naszą zgubę, która uciekła sprzed naszych oczu. Stała zacumowana do międzynarodowej przystani promowej. Rampa wyładunkowa opuszczona, a holowniki powróciły na miejsce oczekiwania na kolejną sztukę morską. Standardowe fotki i jedziemy na Polską placówkę.
Westerplatte o tej porze roku jest opuszczone. Ludzi tutaj można policzyć na palcach. W sezonie wolnego miejsca nie można znaleźć. Wjechaliśmy na kopiec na którym stoi pomnik. Jeszcze wypatrzyłem jakąś jednostkę opuszczającą port i zrobiłem nam pamiątkową fotkę na schodach pomnika. Wypaliliśmy fajkę pokoju. Porobiłem ostatnie tego dnia zdjęcia i ruszyliśmy do centrum Gdańska.
Gdy wjeżdżaliśmy na Długą trwał jakiś festyn. Na scenie ujrzałem pod zwałami reklam rower. Dopiero Adaśko oświecił mnie, że to motocykl żużlowy. E… Motocykl… Jedziemy…
Przez stare miasto pojechaliśmy wzdłuż Grunwaldzkiej do Oliwy gdzie na dworcu pożegnałem towarzysza udającego się SKMką do Rumi. Wcześniej zjadłem zapiekankę w pobliskim barze. Muszę przyznać, że zmęczony wróciłem do domu.

skomentuj (0)




2007-03-28 20:10:53 >> Rozpoczęcie/ zakończenie sezonu

Dziś Mietek jako szef GERu organizował rajd rozpoczynający sezon rowerowy. Mimo, że zaczynał się standardowo dla niego o godzinie 10 postanowiłem pojechać. Wczoraj przez pół dnia męczyłem się z rowerem, aby był sprawny. Sprawny w moim znaczeniu znaczy, aby jechał. Efekt mojej pracy był mizerny. Wieczorem przedzwonił do mnie Chruściel i powiedziałem mu, że nie jadę bo na tym nie da się jechać. Jednak rano postanowiłem, że pojadę przynajmniej do Wrzeszcza i przywitam się z ludziskami. Tak też zrobiłem.
Pogoda nie była dziś za ciekawa. Rano padał deszcz i silnie wiał wiatr. Mimo, że spodziewałem się odwołania rajdu pojechałem. I tak było. Mietek zgodnie ze swoim zwyczajem rajd odwołał. Tylko czemu tak późno skoro jaka pogoda będzie dziś wiadomo było od połowy tygodnia. Rajdów nie odwołuje się na dwie godziny przed zbiórką. Niektórzy przecież dojeżdżają i nie mają netu ze sobą, a jeszcze inni przyjeżdżają tak jak Tomek prosto z pracy, a jeszcze inni tak jak ja netu w ogóle nie mają. W każdym razie była nas całkiem fajna gromadka. Każde z nas miało inny powód dlaczego tu trafiło. Co ciekawe ludzie którzy przyjechali to stali moi towarzysze wycieczek. Czyli Ci którzy jazdę na rowerze bardziej cenią niż kaprysy pogody. I ja to cenię, że dla niektórych pasja jest ponad pogodę.
Krótka rzeczowa rozmowa co robimy. Ja zaproponowałem wyspę Sobieszowską i jezioro Karaś gdzie pozostała mnie do znalezienia jeszcze jedna platforma widokowa. Wojtek zaproponował trasę rowerową po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Jego koncepcja zwyciężyła. I dobrze. Nie szczególnie nie chciało mnie się jechać na wyspę. Głównie dlatego, że wiedziałem w jakim stanie rower mam. Rama złamana. I tylko 7 biegów sprawnych, o zgrozo prowadzonych na blacie. A ta trasa Wojtka zapowiadała się jak wszystko w parku, ostro terenowo. Nie wierzyłem w ten jego tylko jeden pojaździk. W każdym razie ruszyliśmy.
Najpierw obraliśmy kierunek na Matemblewo czyli z dworca PKP we Wrzeszczu ulicą Klonową, a następnie Partyzantów. Minęliśmy Srebrzysto oraz przejechaliśmy pod mostem elektrycznym po którym kiedyś biegły tory kolejowe z Gdańska do Kościerzyny. I wzdłuż potoku Strzyży pomknęliśmy na Matemblewo. No może nie zupełnie bo ciutę od potoku odbiliśmy. Na Matemblewie zrobiliśmy sobie pierwszą pamiątkową fotkę. Dalej drogą Matemblewską wyjechaliśmy na Złotą Karczmę. Przejechaliśmy ul. Słowackiego i na skraju lasu gdzie również do niego wbiega szlak Żółty Trójmiejski, znaleźliśmy oznaczenia początku szlaku rowerowego niebieskiego. Ciekawe dokąd on biegnie. Może do samego Lęborka. Było by pysznie. W każdym razie my na dziś mieliśmy w planie dojechać tylko do Gdyni, albo dokąd się da.

skomentuj (0)




2007-02-19 22:51:20 >> W cieniu wiatraka.

Na RWMie dodałem relację z ostatniej wycieczki po Żuławach. Zapraszam do czytania i komentowania.




RWM relacja
skomentuj (0)




2007-01-24 13:00:54 >> Loga TTTC

darmowy hosting obrazków





Pozostałe loga na

Loga
skomentuj (0)

 



phantomblog

ksiega gosci

2007
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
kwiecień
marzec
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
marzec


Uczestnicy wycieczek
Cassiel
Awarii

Galerie czyli fotki
Lepimy bałwana
Pół na pół
Wieża strażacka
Wyspa Sobieszewska
Dwie wieże 04.12.2005
Szlak Wejherowski 23.11.2005
Dolina Strzyży 13.11.2005
Hel 06.11.2005

Moje strony
Dune
Marszony
Ekociewie
Pomorskie szlaki Opisy szlaków pieszych PTTK województwa pomorskiego
Hyde Tramp Stronka naszego klubu

znajome twarze
Ateista
Agentka Jo
Kiszczak