2007-03-28 20:20:55 >> Topienie MarzannyJest to bajka o tym Jak dwóch dzielnych wojów jechało na swoich rumakach A niewiasta pognała do przodu Cały dzień minął pod znakiem wycieczki zorganizowanej przez Agę. O 9 miałem być na Dąbrowie, jednak jak zwykle się spóźniłem. Jednak 30 minut nie wystarczy aby do niej dojechać. Do tego trochę, źle pojechałem. Ech.. Tak bywa… Aga razem z Wojtkiem zaczekali na mnie tam gdzie czarny szlak skręca w las naprzeciwko Tesco, na Gdyńskich Karwinach. Szybkie powitanie i ruszamy. Prowadząca bardzo sprawnie wyprowadza nas na szlak czerwony w okolicy Chwarzna. Tutaj zaczęły się pierwsze jego dzikie górki. Całe szczęście rozgrzany już byłem, podjazdem z Oliwy na Karwiny. Dość sprawnie pokonywałem te wzniesienia morenowe mimo jazdy na blacie i zajechanych najmniejszych zębatek kasetek. No i jeszcze Wojtek śmiał się, że jadę na slicku. To ten mój Maraton Plus. Bardzo komicznie wygląda z tyłu rowery, gdy z przodu mam zamontowaną typowo terenową kierunkową oponę Calibos Maxisa. Była jedna górka, potem druga, aż wyjechaliśmy na Łężyce. Dziś las w swe władanie objęła mgła. Jakaś tajemnica się w nim skryła. Jej fajnym aspektem było skrycie z naszych oczu tutejszego wysypiska. Jedynie kocur nas wypatrzył, a właściwie najpierw zwrócił uwagę na rower Agi, a dopiero potem na właścicielkę. Próbowała go sfotografować, ale ciągle łasił się pod jej nogami. Następnym naszym ulubionym zresztą miejscem do odpoczynków było Piekiełko. Ta urocza dolinka przez którą płynie potok Zagórskiej Strugi zawsze była na drodze moich rowerowych i pieszych wycieczek. Jest to miejsce w którym krzyżują się trzy ważne szlaki. My dalej jechaliśmy szlakiem czerwonym Wejherowskim. Niebawem dojechaliśmy do Bieszkowic. Dłuższy odpoczynek w sklepie u Jurka. Nawet wiatę dla pijących ostatnio wybudowano. Dość komicznie wyglądał zakaz palenia gdy na stołach stały popielniczki. Na pobliskim jeziorze Zawiat napotkaliśmy Płetwonurków. Wychodziła nam naprzeciw z jeziora taka żaba w pełnym akwalungu. Bardzo lubię ten odcinek szlaku pomiędzy Wejherowem, a Mieszkowicami. Cały czas wije się pomiędzy malowniczymi jeziorami i lasami. Mijamy rezerwat Wygoda z jeziorem, o tej samej nazwie. Nad nim krótka sesja fotograficzna i wkrótce osiągamy jezioro Borowo. Przejazd przez Pucką Górę z której jednak nie ma widoków i mijamy szosę na Wejherowo. Za nią postanawiamy przez jakiś czas nie jechać szlakiem czerwonym tylko ułatwić sobie drogę szlakiem rowerowym. Czerwony biegnie nad jeziorem Wyspowo i miejscami jest dość podmokły. Szlakiem rowerowym dojechaliśmy do północnej części jeziora. Tam wróciliśmy na czerwony, którym wzdłuż rzeki Cedron dojechaliśmy do Wejherowa. Tam kolejny odpoczynek nad stawem w pobliżu pałacu Przebendowskich. Przeanalizowałem naszą dalszą trasę i ruszyliśmy. Nie chciało nam się wjeżdżać do miasta skrajem lasu wyjechaliśmy na szosę prowadzącą do Strzepcza. W pobliżu mostka nad jakimś potokiem znaleźliśmy początek szlaku rowerowego biegnącego przez Trójmiejski Park Krajobrazowy. Nie zaczyna on się tak, jak pokazuje mapa Eko Kapio którą posiadała Aga na dworcu tylko tutaj przy szosie. Szlak jest wyznaczony znakami ustalonymi według PTTK, tylko czasem ich brakuje i człowiek musi zastanawiać się gdzie dalej. Jakoś bez kłopotu sobie radziliśmy z tym kłopotem. Głównie dzięki opanowaniu trasy za pomocą mapy. Nie chcieliśmy pokonać go całego tylko niewielki kawałek. Przez Ustarbowo i Sopieszyno dojechać do drogi na Szemud i stamtąd mknąć szosą do domu. Tak też zrobiliśmy. Początkowo szlak rowerowy biegł lasami po dość dobrych drogach. Wiadomo, że z Wejherowa wyjeżdża się zawsze pod górę. I tym razem tak było. Jednak zdobywanie wysoczyzny morenowej poszło gładko. Przejechaliśmy koło rezerwatu Lewice i wkrótce wyjechaliśmy na skraj lasu. A napęd po tych błotach trzeszczał, tak, że Wojtek desperacko szukał wody aby umyć rower. Próbował nawet w pobliskich bagnach. Po jakimś czasie dojechaliśmy do jeziora koło Ustarbowa. Dziś jest pierwszy dzień wiosny. Najpierw za Marzannę miała robić Aga, potem patrząc jak Wojtek szuka wody, chcieliśmy go utopić. Jednak Aga zrobiła Marzannę z kijków, trawy oraz liści. Nawet dość zgrabnie jej wyszła i ją topiliśmy. Tzn. Marzannę nie Agę. Chwilę potem osiągnęliśmy Ustarbowo skąd dojechaliśmy do Sopieszyna. Aga mówiła o jakiś moich ulubionych folwarkach, ale nic takiego nie zauważyłem. Dopiero w Przetoczynie, wypatrzyła jakąś walącą się starą chatę, która stała się obiektem naszych fotograficznych zainteresowań. W tej wiosce dołączył do nas jakiś rozbrykany szczeniak. O zgrozo biegał, luzem i bardzo często wyskakiwał na szosę wprost pod jadące samochody. Po jakimś czasie odłączył się od nas. A my już mknęliśmy szosą prosto przez Szemud na Chwaszczyno. Tam pożegnaliśmy się z Agą która odbiła do domu na Dąbrowę, a ja z Wojtkiem zjechałem do Osowy. On z kolei tutaj mnie opuścił, aby dojechać do Matarni. Ja z kolei ostro podkręcając średnią prędkość wycieczki zjechałem do Oliwy. skomentuj (0) |
|
|||||||